piątek, 25 października 2013

IMAGINE 38

Po usłyszeniu szkolnego dzwonka, założyłaś swój czarny plecak na ramiona,wybiegłaś z budynku i wsiadłaś w samochód, który czekał na parkingu.
- Cześć mamo - pocałowałaś ją w policzek a po chwili zajęłaś miejsce pasażera.
Włożyłaś słuchawki w uszy i zwróciłaś wzrok w stronę bocznego okna. Uwielbiałaś ten moment. Wszystko wyglądało jak w teledysku, którego jesteś reżyserem. Właśnie zaczęła się twoja ulubiona piosenka, kiedy nagle coś z głośnym hukiem walnęło w wasz samochód. Twoje plecy wygięły się w łuk, a głowa uderzyła o drzwiczki. Słuchawki wypadły z twoich uszu, spływała po nich krew, którą nieprzytomnie przetarłaś  ręką. Upadłaś na kolana mamy i mimo ostrej mgły w twoich oczach, rozglądałaś się wokół jakbyś szukała już aniołów które zabiorą cię do nieba.
- Skarbie - mama z rozpaczem w głosie uderzała lekko w twój policzek, aby cię rozbudzić - kochanie, proszę nie zasypiaj. - ostatnia kropla spłynęła po jej policzku zanim całkiem straciłaś przytomność.

Obudziłaś się w pełnym bieli pokoju. Niepewnie otworzyłaś oczy i spojrzałaś na swoje poranione dłonie. Złapałaś się za nadal bolącą głowę i próbowałaś przypomnieć sobie co się stało.
- Kochanie - do twojego pokoju wbiegła szczęśliwa mama, która natychmiast ujęła cię w ramiona. - Boże, tak się bałam że się już nie obudzisz - odgarnęła kosmyk włosów z twojej twarzy, aby lepiej móc widzieć twoje oczy.
- Mamo? co ja tu robię? - powiedziałaś zachrypniętym głosem.
- Miałyśmy... - westchnęła - miałyśmy wypadek. Jakiś dureń wjechał w nas motorem.
- Dlaczego tobie nic nie jest? - zdziwiłaś się.
- Miałam zapięte pasy. Zresztą widziałam że to się stanie, bo patrzyłam na drogę. Krzyknęłam, ale miałaś słuchawki na uszach.
- Nigdy więcej muzyki, podczas jechania samochodem - próbowałaś ją rozweselić , ale się nie udało.
- Skarbie, muszę iść. Nie dali mi tutaj dużo czasu. Powiedzieli że musisz wypoczywać. - wstała i pocałowała twoje czoło. - Przyjdę jutro.
Kiedy wyszła i zamknęła za sobą drzwi, po chwili do pokoju zapukał ktoś inny.
-  Proszę - krzyknęłaś, spoglądając w tamtą stronę.
Próg drzwi minął wysoki brunet. Miał na sobie białą za dużą koszulkę i nisko opuszczone spodnie. Jego włosy postawione były na żelu, a policzki idealnie zarysowane.
- Cześć. - uśmiechnął się i podszedł bliżej twojego łóżka.
- Kim jesteś?
- Um, byłem świadkiem wypadku. Bardzo mi przykro. Mam na imię Justin. - wyjął zza pleców kwiat orchidei i włożył go do wazonu na stoliku. - Policja powiedziała mi gdzie mogę cię szukać.
- Nie musiałeś. - uśmiechnęłaś się speszona.
- Jak się czujesz? - usiadł na twoim łóżku i spoglądał prosto w twoje zmęczone oczy.
- Głowa nadal boli, ale myślę że jeszcze pare dni i stąd wyjde.
- Nie sądze. Gadałem przed chwilą z lekarzami i powiedzili że jesteś w opłakanym stanie. Nie wypuszczą cię tak szybko.
- Wow...dzięki - zaśmiałaś się.
- Co?
- Umiesz pocieszać ludzi.
Justin lekko się zaśmiał, lecz kiedy usłyszał kroki skierowane w stronę twojego pokoju od razu się zerwał.
- Co jest?
- Um...Jestem tutaj nielegalnie. Nie można było cię już dzisiaj odwiedzić. - podrapał się po karku.
- Ah tak...muszę wypoczywać - powiedziałaś sarkastycznie.
- Do zobaczenia - uśmiechnął się a po chwili wyszedł przez okno. W samą porę, bo chwile później weszła pielęgniarka, z nowymi lekami dla ciebie.
Uśmiechnęłaś się w stronę szyby i wyszeptałaś z uśmiechem.
- Justin.

Kolejnego dnia z samego rana obudził cię zimny powiew wiatru, który otulał twoje nagie ramiona.
- Hej Shawty - wyszeptał brunet i wszedł do twojego pokoju, po czym zamknął okno. Na sam widok jego nieuczesanych włosów i zaspanych oczu, szeroko się uśmiechnęłaś.
- Nie musisz tutaj przychodzić. - podniosłaś się na łokciach.
- też się cieszę że cię widzę. - zaśmiał się słodko i usiadł obok ciebie. - o której będzie twoja mama?
- Za kilka godzin, a co?
- Twoja mama nie wyraziła zgody na innych gości. Chce żebyś odpoczywała.
-To nie powód, żebym cały dzień i noc siedziała sama.
- Chcesz żebym ci towarzyszył? - lekko się uśmiechnął, spoglądając niepewnie w twoje oczy.
- Jeśli możesz. - zarumieniłaś się delikatnie.
- Mam sporo czasu, uwierz. - zamyślił się, a po chwili wyjął z plecaka kolejny kwiat orchidei, który podobnie jak wczoraj, włożył do kolorowego wazonu.
- Są piękne. To moje ulubione kwiaty.
- Wiesz, słyszałem że kiedy ktoś jest chory to kwiat orchidei przyśpiesza  leczenie, poprzez twój nastrój. - zaśmiał się drwiąco. - ale to pewnie tylko plotki. - westchnął - Bardzo bym chciał żebyś wyzdrowiała.
- Justin - złapałaś go za dłoń i przejechałaś po niej kciukiem - dziękuje.
Chłopak został z tobą jeszcze przez kilka godzin, aż do powrotu twojej mamy. Rozmawialiście o twojej rodzinie, o twoim nastroju, o tym jak się czujesz, jednak o nim nadal nie wiedziałaś nic.

Następnego dnia obudził cię zapach świeżej kawy. Justin kupił ją dla was w starbucksie i podał jedną w twoje zimne dłonie. Usiadł koło ciebie i zdją z ramion plecak.
- Pewnie masz dość szpitalnego jedzenia - wyjął z niego kilka kanapek i słodyczy, po czym spojrzał w twoje rozbawione oczy i się uśmiechnął.  - Mam z serem i z szynką, co wybierasz?
- Z serem.
Chłopak podał kanapkę do twojej ręki i znów wsadził ręce do plecaka, po czym wyjął z niego fioletowe pudełko.
- Chcesz jakieś dotatki? Wziąłem pomidory, ogórki i...cholera zapomniałem papryki
- Justin - zaśmiałaś się - sam je robiłeś?
- Specjalnie wstałem o 6 rano. - podrapał się po karku. - Jedz, i częstuj się czym chcesz.
- Dziękuje - wzięłaś gryza kanapki i nieudolnie wytarłaś ręką masło z twoich ust. - jadłeś coś dzisiaj?
- Jeszcze nie, ale...
- Justin - przerwałaś mu i podsunęłaś pudełko z kanapkami pod jego dłonie - jedz.
Po chwili wachania, chłopak wziął kanapke z szynką i szybko ją jadł. Patrzyliście sobie w oczy i lekko się uśmiechaliście. Coś w nim było. Nigdy nie doznałaś takiego uczucia, jakie czułaś teraz, siedząc z prawie nieznajomym chłopakiem. On był inny niż wszyscy. Miałaś wrażenie że znasz go o wiele dłużej.

Czwartego dnia Justin wszedł normalnie, przez drzwi. Dzisiaj twoja matka nie miała cię odwiedzić, więc mogliście w spokoju spędzić więcej czasu. Po 6 godzinach rozmowy, w końcu zorientowałaś się że najwięcej mówisz ty.
- Hej, może teraz ty powiesz mi coś o sobie?
- Um...Tutaj nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Mało o sobie wiem.
- Ale jak to? Musisz coś o sobie wiedzieć.
- Nazwyam się Justin Bieber, tyle.
- A twoje hobby?
- Nie gadajmy o tym.
Cholera on był bardziej zagubiony niż myślałaś.
- Obiecasz mi coś? - spojrzałaś w jego czekoladowe oczy.
- Co takiego?
- Wiesz gdzie jest mur życzeń?
- Ten mur na którym rysuje się to co się kocha? Wiem.
- Kiedy stąd wyjdę, pojedziemy tam i pokażesz mi co jest dla ciebie najważniejsze. Obiecujesz?
- Obiecuję.

Tak mijały dni, tygodnie, aż w końcu minął miesiąc. Wiedziałaś że minęło już 30 dni, licząc 30 orchidei, które codziennie Justin zostawiał w twoim wazonie. Byliście już jak starzy przyjaciele. Mogłaś mu powiedzieć wszystko co leżało na twoim sercu, a on z uwagą tego słuchał. Był jak anioł. Był dla ciebie ważniejszy, niż ktokolwiek inny. Ostatniego dnia, twojego pobytu w szpitalu, przyszedł do ciebie i zniósł wszystkie twoje torby z ubraniami na dół, po czym wrócił po ciebie i pomógł ci wsiąść do taksówki.
- Jedź ze mną.
- Twoja mama by się nie ucieszyła....
- Nie ma jej w domu, chodź - Pociągnęłaś go za ręke, żeby usiadł obok ciebie i po chwili podjechaliście pod twój dom. Chłopak wniósł twoje torby do twojego pokoju i znó wrócił po ciebie. Usiadłaś w kuchni na blacie, a Justin stanął obok ciebie.
- Justin, mógłbyś mi zrobić płatki? Jestem głodna.
- A co się mówi? - uśmiechnął się i podszedł bliżej.
- Mówi się... - złapałaś jego dłonie i przyciągnęłaś bliżej siebie, sprawiając że chłopak stał teraz między twoimi nogami. - Proszę?
- Dobrze - uśmiechnął się i przybliżył usta do twoich, jednak za nim się złączyły usłyszałaś tupanie nogą swojej matki. Oboje zwróciliście wzrok w jej stronę i szybko się od siebie odsunęliście.
- Dzień dobry pani - powiedział ze strachem w głosie Justin.
- Co on tutaj robi? - odpowiedziała ignorując go.
- Um...pomógł mi z walizkami.
- Naprawdę? Bo ja widziałam coś innego.
- Mamo, wiem co myślisz na temat chłopaków, ale on jest naprawdę wspaniały.
- Chłopak który prawie cię zabił jest wspaniały? - zadrwiła i podobnie jak ty spojrzała na Justina, który spuścił głowę w dół.
- Justin... O co jej chodzi?
- No Justin, przyznaj się że to ty spowodowałeś wypadek. Myślałeś że cię nie zapamiętam?
- Co? - Powiedziałaś z zakłopotaniem - mamo, zawsze zawsze starasz się zniszczyć moje związki, ale teraz to przesadziłaś! - krzyknęłaś.
- Nie... - powiedział Justin - Twoja matka ma rację.
- Co? Dlaczego mi sie powiedziałeś?
- Ja ci wszystko wytłumaczę przysięgam, tylko błagam, daj mi szansę. - złapał twoją dłoń i spojrzał depresyjnie w twoje oczy.
Po twojej twarzy spłynęła łza i zanim zdążyłaś coś powiedzieć, znów wtrąciła się twoja matka.
- Już za dużo narobiłeś. Wyjdź.
Chłopak głęboko westchnął i wyszeptał jeszcze "przepraszam". Skierował się do wyjścia, a w drzwiach złapała go jeszcze twoja matka.
- Nigdy więcej się nie zobaczycie.

Minęło kilka dni. Justin dzwonił codziennie, aż w końcu twoja matka zabrała twój telefon. Nie miałaś już z nim żadnego kontaktu co rozwalało cię od środka.
Pewnego deszczowego dnia , kiedy wracałaś ze szkoły, podjechał do ciebie czarny motor. Po oczach które było widać z pod kasku rozpoznałaś że to Justin.  Zatrzymałaś się aby zobaczyć co ma do powiedzienia. Chłopak zdjął kask i położył go na kierownicy. Na sam widok jego włosów, nosa, ust, miałaś ochotę paść w jego silne ramiona.
- Obiecałem ci coś miesiąc temu, pamiętasz?
- Mhm. - spojrzałaś na jego idealną twarz.
- Mogę jej dotrzymać?
- Nawet musisz - uśmiechnęłaś się lekko.
- Pojedziesz ze mną?
Bez wachania wsiadłaś na motor i objęłaś Justina wokół pasa.
- Załóż mój kask.
- Justin, ufam ci.
- Ale...
- Załóż go, bo nie będziesz widział drogi przez ten deszcz, chyba nie chcesz spowodować wypadku?
Chłopak szeroko się uśmiechnął i ucałował delikatnie twoje czoło. Założył kask na swoją głowę i odpalił silnik. Już po chwili mijaliście deszczowe ulice. Po raz pierwszy czułaś się wolna. Uciekałaś przed czasem. Czułaś na swojej skórze delikatny powiew wiatru, który sparawiał że miałaś ochotę krzyczeć z radości. Chłopak jechał coraz szybciej, i mimo że ulice były puste to chciałaś żeby zwolnił.
- Justin zwolnij, trochę się boje.
- Zwolnie jeśli mnie przytlisz i powiesz że mnie kochasz.
Uśmiechnęłaś się i mocno go przytuliłaś, i wyszeptałaś w jego ucho:
- Kocham Cię najbardziej na świecie. A teraz proszę, zwolnij.
- Okej, ale najpierw ściągnij mój kask i załóż go sobie. Jest trochę za ciasny i ciężko mi się jedzie, proszę.
Zdjęłaś delikatnie kask z jego głowy i założyłaś go na swoją.
- Kochasz mnie? - zapytał jeszcze raz.
- Będę kochać zawsze. Moja matka nas nie rozdzieli.

Kolejnego dnia otworzyłaś oczy, znów widząc ten sam pokój co miesiąc temu.
- Mamo? Co ja znowu robię w szpitalu? Gdzie jest Justin?
- Kochanie...proszę uspokój się.
- Gdzie on jest? Przecież jechaliśmy na motorze i...
- Mieliście wypadek.
- A gdzie jest Justin?! - krzyknęłaś.
- Skarbie, Justin nie miał kasku i....
- Nie. On zaraz tutaj przyjdzie, zaraz przyniesie mi kanapki i każe opowiadać jak się czuje. On przyjdzie jak sobie pójdziesz, idź stąd.
Oczy twojej mamy zalały się łzami i wyszła powoli z pokoju, jednak czekała ciągle pod twoimi drzwami. Nadszedł wieczór, nadal na niego czekałaś. Twoje oczy zamykały się ze zmęczenia, jednak nie pozwoliłaś sobie usnąć. Do pokoju weszła pielęgniarka, która podała w twoje dłonie proszki, i przypilnowała żebyś je wzięła.
To były proszki nasenne. Usnęłaś.
*- Justin zwolnij, trochę się boje.
- Zwolnie jeśli mnie przytlisz i powiesz że mnie kochasz.
Uśmiechnęłaś się i mocno go przytuliłaś, i wyszeptałaś w jego ucho:
- Kocham Cię najbardziej na świecie. A teraz proszę, zwolnij.
- Okej, ale najpierw ściągnij mój kask i załóż go sobie. Jest trochę za ciasny i ciężko mi jechać, proszę.
Zdjęłaś delikatnie kask z jego głowy i założyłaś go na swoją.
- Kochasz mnie? - zapytał jeszcze raz.
- Będę kochać zawsze. Moja matka nas nie rozdzieli.
Nagle zza mgły usłyszałaś trąbienie samochodu. Justin wymijał go jak tylko mógł, jednak przy tak dużej prędkości nie był w stanie tego zrobić.
- Na zawsze razem - wyszeptał i zamknął oczy.
Zanim zdążyłaś cokolwiek pomyśleć, oboje leżeliście już na ziemi. Samochód zatrzymał się i wybiegł z niego mężczyzna który do was podbiegł.
- Justin - podniosłaś się nieprzytomnie i zdjęłaś ciężki kask z głowy. - Justin obudź się. - podniosłaś jego głowę i poczułaś palcami ogromną dziurę. Spojrzałaś na swoją zakrwawioną dłoń i wybuchłaś płaczem. - Justin proszę, nie rób mi tego - krzyknęłaś. Schowałaś twarz w jego klatkę piersiową i pozwalałaś aby oblewał cię zimny deszcz. Nawet nie czułaś bólu nogi, którą właśnie złamałaś. Jedyny ból czułaś w sercu.
Mężczyzna z samochodu właśnie dzwonił po karetkę.
- Na zawsze razem. - spojrzałaś w jego twarz i zamknęłaś jego puste oczy.*

OBUDZIŁAŚ SIĘ Z PŁACZEM. To nie był tylko sen, to zdarzyło się naprawdę. Jego już tutaj nie ma. Nie ma go przy tobie. Wszystko ułożyło się w całość. Kazał mówić że go kochasz,przytulać go i zabrać swój kask bo wiedział że będzie wypadek. Hamulce przestały działać i nie było możliwości żeby zwolnić.
Kiedy wyszłaś ze szpitala pojechałaś do muru życzeń, gdzie Justin miał namalować to co jest dla niego najważniejsze. Szukałaś rysunku motora, jednak znalazłaś wasze zdjęcie namalowane na murze. Na dole podpisane było "na zawsze razem". Z twojego policzka pociekła łza, która kapnęła na ziemię.
- I jeszcze dłużej - uśmiechnęłaś się do siebie.

Miesiąc później w tym miejscu zrobili grób dla Justina. Był w kształcie motoru, a na nim przylepione były wasze zdjęcia. Klęknęłaś przy nim, położyłaś kwaity orchidei i kask i podziękowałaś za to że uratował ci życie.

niedziela, 1 września 2013

IMAGINE 37

Pierwszy dzień w szkole był niezwykle trudny. Nowe środowisko, nowe twarze, wyższy poziom nauki. Wszystko wydawało się tylko koszmarem, a ty miałaś wrażenie że jesteś jedyną osobą która nie widzi w swoim życiu żadnych zalet.
Zaraz po wejściu do nowych murów, szybko się zraziłaś. Chude, piękne dziewczyny, które po cichu śmiały się z twojej przeciętnej sylwetki i ON.
Wpadłaś na niego.
Chłopak mocno tobą potrząsnął i zaczął głośno przeklinać. Każde słowo z jego ust brzmiało jakby wymyślał dla ciebie odpowiednią obelgę. A po chwili pobiegł dalej i znikł.
Był wysoki i chudy. Jego twarz była lekko rozciągnięta, i mocno zarysowana. Włosy postawione były na żelu, a oczy wyglądały jak czekolada. Z czasem dowiedziałaś się że ma na imię Justin. Od nikogo nie czułaś takiej nienawiści jak od niego.

Po wszystkich przeżyciach szkolnych, wróciłaś do domu i zamknęłaś się w pokoju. Rodzice nawet nie zwrócili uwagi że płaczesz. Po raz pierwszy spojrzałaś na żyletkę, a już po chwili trzymałaś ją w dłoniach. Przyłożyłaś ją mocno do nadgarstka i zamknęłaś oczy.
- Za to że nie mam najlepszego przyjaciela - wyszeptałaś i zrobiłaś pierwszą kreskę - Za to że nie jestem chuda. - druga kreska - Za to że jestem słaba - trzecia. -  za to że nikt mi nie ufa -czwarta -  za to że nigdy nie spełnie swoich marzeń - piąta - za to że wszyscy mnie nienawidzą - szósta - za to że nikt mnie nie kocha. - ostania i najgłębsza.


*Kilka miesięcy później*
To był kolejny nudny dzień.
Śniadanie było takie same jak zawsze, rodzice ignorowali cię jak co dzień, a pogoda znów zawodziła.
Kiedy już zjadłaś posiłek, złapałaś za plecak który leżał obok drzwi i wyszłaś z domu. Wsiadłaś na rower i podjechałaś pod szkołę. Lekcje się jeszcze nie zaczęły więc uczniowie biegali przed budynkiem, lub po prostu gadali w dużych grupkach. Stanęłaś przy murze i oparłaś się o niego głową. Znów miałaś wrażenie że wszyscy na ciebie patrzą, więc głęboko westchnęłaś i zamknęłaś oczy. Kiedy dzwonek zadzwonił, zerwałaś się szybko i wyszłaś zza roku wpadając na kogoś.
- Przepraszam - zaczęłaś zbierać jego książki z ziemi, kiedy nagle chłopak przykucnął i złapał je pierwszy, spoglądając w twoje oczy.
- Znowu ty - westchnął i spojrzał w dół, zauważając przy tym  siedem blizn na twoim nadgarstku. Znów wrócił do twoich oczu i głęboko w nie popatrzył - Przepraszam to moja wina - powiedział zupełnie innym tonem głosu niż zwykle, po czym wstał i wystawił dłoń w twoim kierunku - jestem Justin.

Od tamtej pory częściej ze sobą rozmawialiście i chociaż on wiedział o tobie więcej niż powinien, ty nie wiedziałaś o nim praktycznie nic. Znał twoje sekrety, często mu się wyżalałaś, jednak ani ty ani on ani słowem nie wspomnieliście o twoich bliznach.
Pewnego wieczoru do ciebie zadzwonił i powiadomił cię o siedmiodniowej szkolnej wycieczce.Rodzice zgodzili się żebyś jechała, więc już kolejnego dnia czekałaś z torbą w umówionym miejscu, jednak nikogo jeszcze nie było.
- Hej - przyszedł zadowolony Justin, zacierając dłonie.
- Gdzie wszyscy? - spytałaś niepewnie.
- Zapomniałem dodać że to jest taka osobna wycieczka, we dwoje - zaśmiał się i wziął twoją ciężką torbę na swoje ramię.
- Żartujesz? Rodzice mnie zabiją
- Nie dowiedzą się.
- A jeśli mama zadzwoni do szkoły?
- Mam znajomości z nauczycielami, nie wygadają się - puścił ci oczko - chodź już bo ktoś na nas czeka - złapał cię pod ramię i ruszyliście do samochodu, który stał kilka ulic dalej. Justin zajął miejsce kierowcy a ty usiadłaś obok.
- Gotowa? - uśmiechnął się.
- Gotowa. - odpowiedziałaś i zapięłaś pasy.
Justin odpalił gaz i ruszył szybkim tempem ku nieznanej ci drogi. Co chwile zmieniał stacje radiowe, próbując trafić w twój gust, ale mu się nie udało, więc zrezygnowany sam zaczął śpiewać.
To było dość dziwne, bo to była twoja ulubiona piosenka.
Po chwili śpiewaliście już razem w niebo głosy, śmiejąc się bez przerwy na pustej drodze.

Po kilku godzinach zatrzymaliście się przed niewielkim jednorodzinnym domkiem. Justin wyszedł z samochodu i wyjął z bagażnika twoją walizkę, po czym otworzył ci drzwi żebyś mogła wyjść z samochodu.
- Dziękuje - lekko się zarumieniłaś i wysiadłaś.
Chłopak pokierował cię wzrokiem i po chwili razem weszliście do domku. Był piękny. Wystrojony był kolorowymi światełkami, a meble zrobione były w twoim ulubionym stylu. Przy fotelach w kącie, stał ciepły kominek, a za nimi wisiała wielka firana.
Spojrzałaś na dumnego chłopaka, a on przytaknął głową.
Podeszłaś do firany i ją odsłoniłaś. Za nią malował się piękny krajobraz. Wielkie jezioro, i ogromny księżyc, który oświetlał teraz całą waszą 'plażę'. Kolorowe Światełka powoli zaczęły się zapalać, a na sam ich widok z twoich oczu pociekły łzy.
- Justin....dziękuje - mocno go przytuliłaś.
- To nie wszystko - uśmiechnął się szeroko, a po chwili zagwizdał.
Pod twoje nogi podbiegł pies twojej ulubionej rasy i polizał cię po zimnym udzie.
- Patrz,polubił cię- zaśmiał się i pogłaskał go za uchem - masz przyjaciela - spojrzał znacząco w twoje oczy.

Kolejnego ranka obudziłaś się w niewielkim pokoju. Pachniało tam kwiatami i świeżością. Po chwili do twoich drzwi zapukał Justin. Rzucił ci ubrania i wyszeptał że ma niespodziankę.
Ubrałaś się i weszłaś do salonu. Jednak chłopaka tam nie było. Rozglądałaś się po domu, aż ocknął cię głośny trąb samochodu. Wyszłaś na zewnątrz i dostrzegłaś Justina, który czeka już w samochodzie. Wsiadałaś, i znów ruszyliście po kolejne przygody.
Zatrzymaliście się na nieznajomej drodze i wysiedliście zdezorientowani. Bieber złapał cię za rękę i przebiegł z tobą kilka ulic, aby po jakimś czasie znaleźć się w wesołym miasteczku.
- Justin - zaśmiałaś się
- Shh - przyłożył palec do ust - chcesz wejść?
- chcę.
- Ja też, ale wiesz co? nie wziąłem portfela.
- Co? Jak to? To wracamy. - zawróciłaś, ale chłopak pociągnął cię za rękę.
- Po prostu rób to co ja - schylił się wciąż nie puszczając twojej drżącej ręki i przemknął się pod budką biletową.
Kiedy weszliście już na teren, z ulgą wypuściłaś powietrze.
- Wiesz co...- pogrzebał w kieszeniach a po chwili wyciągnął pełny portfel - kłamałem.
- Justin! - uderzyłaś go w ramię.
- No co..musiałem cię trochę zdemoralizować, jesteś zbyt grzeczna - zaśmiał się - Nie gniewaj się, chodź.
Twoja złość minęła w kilka chwil, nie potrafiłaś się na niego gniewać.
Weszliście do pomieszczenia które wybrał Justin, nie wiedziałaś gdzie jesteście bo zakrył ci dłońmi oczy.
Kiedy je zdjął, staliście w sali luster, a chłopak ustawił cię przed pomniejszającym.
- Widzisz to? - złapał cię w talii - Spójrz jaka jesteś chuda.
Popatrzyłaś chwilę w lustro i lekko się uśmiechnęłaś. Tutaj nie myślałaś o swojej sylwetce. Zapomniałaś że to lustro kłamie, i w rzeczywistości wyglądasz inaczej. Zapomniałaś o wszystkim.

Wieczorem podczas kąpieli zauważyłaś że na nadgarstku nie ma dwóch blizn.

Kolejnego ranka obudził cię krzyk Justina. Zerwałaś się z łóżka i pobiegłaś za jego głosem. Znalazłaś go jak zwykle przy samochodzie, jednak na jego nodze leżało samochodowe koło a sam podtrzymywał cięzki samochód na barkach.
- Wymieniałeś koło? - założyłaś rękę na rękę i się zaśmiałaś.
- Może - zmarszczył z bólu brwi.
- Może ci pomóc?
- Możesz pomóc skarbie - powiedział niemal błagalnym głosem,
Podeszłąś do niego, zdjęłaś z jego ud koło i pomogłaś mu trzymać samochód.  Chłopak spojrzał na ciebie z dumą i dalej przejął już władzę.
- Cholera, silna jesteś - puścił ci oczko.

Wieczorem usiedliście przy ognisku które zrobiliście na plaży i jedliście pianki. Justina mina wskazywała że jego humor nie był najlepszy.
- Co się dzieje? - odłożyłaś jedzenie i spojrzałaś w jego oczy.
- Wiem o tobie wszystko, a ty o mnie nic. - westchnął - Pewnie myślisz że ci nie ufam,
- Nie, wcale tak nie myślę.
- Ale pewnie chciałabyś wiedzieć o mnie więcej.
- Chciałabym.
- Nie wiem od czego zacząć.
- Najlepiej od początku - odpowiedziałaś szybko i usiadłaś wygodniej, będąc ciekawa co chłopak ma ci do powiedzenia.
- Hmm, a więc pierwsze nasze spotkanie....
- Dużo przeklinasz - zaśmialiście się.
- Już cię za to przepraszałem. Myślę że mogę ci powiedzieć dlaczego tak zareagowałem.
- Słucham.
- Moja matka....Moja matka ma problem. Jest alkoholiczką. Codziennie muszę jej pilnować, a czasami nawet wybiegać z lekcji.
- Dlaczego teraz cię przy niej nie ma?
- Pamiętasz dzień w którym wpadliśmy na siebie po raz drugi?
- Pamiętam.
- Tego ranka odeszła.
- Przykro mi...
- Postanowiłem że pomogę teraz komuś innemu, i spotkałem ciebie....
Wstałaś i mocno go przytuliłaś.

Następny ranek. Obudziłaś się w ramionach Justina na poszarpanym łóżku. Ostatni wieczór był jednym z najlepszych wieczorów jakie przeżyłaś. Chłopak był delikatny i czuły. Teraz Jeszcze słodko spał, więc przykryłaś go kocem i pojechałaś do lekarza.
Weszłaś do gabinetu i zajęłaś miejsce.
- O co chodzi? - zapytał.
- Moje nadgarstki.
- Znowu się okaleczasz?
- Nie...One..
- Co?
- Pamięta pan kiedy pan powiedział że te blizny są zbyt głębokie żeby mogły zniknąć?
- Dokładnie.
Wystawiłaś nadgarstek w stronę doktora i pokazałaś tylko trzy blizny które zostały. Mężczyzna przejechał po nich palcami a po chwili spojrzał w twoje oczy.
- To...niemożliwe....
- O co chodzi?
Lekarz wstał i podszedł do gabloty z lekami, patrząc na ściany.
- Masz kogoś z kim spędzasz czas?
- Mam...ale nie rozumiem..
- To bardzo rzadki przypadek kiedy ludzie działają jak lekarstwo. - przerwał ci - osoba z którą spędzasz czas, robi wszystko aby to znikało.
W tej chwili wszystko nabrało sensu.
 "Za to że nie mam przyjaciela" - dostałaś psa, blizna zniknęła
"Za to że jestem gruba" - Justin zabrał cię do miejsca gdzie byłaś chuda i pokazał że jesteś idealna dla niego, blizna zniknęła.
"Za to że jestem słaba" Justin prosił o pomoc w samochodzie, chociaż sam sobie dawał radę i powiedział że jesteś silna, blizna znikneła.
" Za to że nikt mi nie ufa" - poznałaś sekret Justina, blizna zniknęła.
- Jak to możliwe? - zapytałaś.
- To terapia silna emocjonalnie jak i fizycznie. Pracuje tylko twoje serce i skóra. Za każdym razem kiedy w siebie uwierzysz lub zrobisz to co chciałaś, zapominasz o ciężkich chwilach, więc twoje serce też o nich zapomina, sprawiając że blizny znikają. Pomóc mogą tylko osoby które dużo w życiu przeszły.
Wyszłaś z gabinetu będąc w ciężkim szoku. To było jak magia.
Wróciłaś do domku, Justin już na ciebie czekał. Stał w salonie bez koszulki i rozczochranymi włosami. Kiedy cię zobaczył mocno cię przytulił.
- Martwiłem się - wyszeptał.
Wtuliłaś się w jego ramiona i złożyłaś pocałunek na policzku.
- Dziękuje.
Twoje marznia spełnił jeden chłopak. Ten dom, jezioro, spokój, pies, poczucie wyjątkowej.

Tego samego dnia wróciliście do szkoły, bo Bieber powiedział że jeden z nauczycieli oznajmił że nie może już was kryć. Po wejściu przez nudne drzwi dostrzegłaś wszystkich uczniów, którzy zaczęli klaskać na twój widok. Otworzyłaś szeroko oczy i szepnęłaś justinowi w ucho:
- O co im chodzi?
- Kochają cię - złapał cię za rękę z której zniknęła kolejna blizna i ruszyliście do klas.

Wieczorem, kiedy byłaś już w swoim domu, zadzwoniłaś do Justina.
- Cześć - uśmiechnęłaś się do słuchawki.
- Cześć skarbie - powiedział zaspanym głosem.
- Chciałam ci tylko coś powiedzieć.
- Tak?
- Kocham cię.
- Też cię kocham.
- Dobranoc - zarumieniłaś się i usnęłaś.

Rano pobiegłaś do łazienki, ostatnia blizna nie znikła. Czyli to co mówił było kłamstwem....Nie kocha cię.....
Wykorzystał cię? Uprawialiście seks, ale bez uczucia? Co on sobie myślał? Cholera...Jest taki jak inny. Zrobiłaś na swoim nadgarstku kolejną kreskę, która była głębsza od pozostałych, za to że takie cholerne dupki jak on jeszcze żyją i że on musiał być tym kolejnym który cię zranił.
Napisałaś do niego sms o tym że jest beznadziejny i jak bardzo cię skrzywdził. Nie odpisał.
"No tak, boi się prawdy" - pomyślałaś.
Znów pojechałaś do lekarza, aby się mu wypłakać. Był  jedyną osobą która potrafiła ci pomóc w trudnych momentach.
Tym razem doktor siedział na korytarzu pod swoim gabinetem.
- Proszę pana. Wszystko było kłamstwem! Nic dla niego nie znacze, wykorzystał mnie.
- Nie możliwe kochanie, to jest tak magia. To jest powiązane z uczuciami i nie mógł pomóc przypadkowej osobie, do której nic nie czuł.
- Ale ona nie znikła - pokazałaś starą bliznę.
- Wiesz to czasami jest tak że nie działa....Widocznie kochał cię bardziej niż głębokość tej rany. Wiesz że "magia" nie działa w przypadku miłości.
- Oh....A dlaczego pan tu siedzi?
- Mamy pacjenta w ciężkim stanie.Czekam na niego. - westchnął - oj przepraszam, jedzie.
W tej chwili minął cię szpitalny wózek na którym leżał chłopak. To był Justin.
- BOŻE! - krzyknęłaś, rzucając się na jego szyję.
 Lekarze odciągali cię siłą. Wybuchnęłaś silnym płaczem, i patrzyłaś jak śpieszą się z nim na salę operacyjną. Siedziałaś zapłakana czekając na to co się stanie. Po godzinie, wyszedł doktor.
- I jak? - wstałaś i zapytałaś z nadzieją w zapłakanym głosie.
Doktor odsłonił twój nadgarstek, na którym właśnie znikała nowa rana.
- Odszedł.


piątek, 9 sierpnia 2013

IMAGINE 36


Był zwykłym chłopakiem. Grał na gitarze przed teatrem w małym miasteczku. Jego ciało było ani grube, ani chude. Był jak zwykły nastolatek. Jego oczy błyszczały nadzieją, a usta obdarowywały uśmiechem każdego przechodnia.

Był kidrauhl'em. Wstawiał filmiki ze swoim wokalem na youtube. Jego oczy były pełne nadziei, a usta zmieniły się w cienką linię zwątpienia.

Był zwycięzcą. Jego filmiki spodobały się ludziom i dostał zaproszenie do atlanty aby nagrać swoje pierwsze solo. Jego oczy były ciekawe nowych muzycznych doświadczeń a usta szeroko rozszerzone w zdumieniu.

Był nową gwiazdą. Walczył o uwagę ludzi i starał się znosić każdą krytykę, która dotykała jego wielkiego serca. Jego oczy błyszczały bardziej niż zwykle a usta cicho szeptały w każdą spotkaną duszę z prośbą o akceptacje.

Był rozpoznawalny. Miał fanów, których nazwał beliebers. Codziennie się za nich modlił i starał się odpisywać każdemu na twitterze. Był im wdzięczny że w niego uwierzyli, więc uśmiechał się. Uśmiechał się dla nich, a jego oczy były szczęśliwe.

Był wokalistą roku. Wygrywał nagrodę po nagrodzie. Wszystko zawdzięczał swoim fanom, swoim beliebers. Jego oczy były wzruszone, a usta wciąż uśmiechnięte. 

Był chłopakiem który spełnia marzenia. Powstał o nim film, który jak zwykle dzięki beliebers pobił rekordy oglądalności.Jego ciało nabrało mięśni,Jego oczy były dumne a usta nadal szczęśliwe.

Był chłopakiem bez hair flipa. Beliebers były wzruszone. Widziały jak ich idol, jak ich inspiracja i powód do życia, dorasta na ich oczach. Częściej płakały i robiły sobie krzywdę. Jego oczy wylewały łzy za każdą z nich, a usta zaciskały się z bólu.

Był z dziewczyną którą pokochał. Ilość fanów spadła. Był w szoku że jego beliebers mu to robią. Że obrażają jego miłość, której przez tak wiele lat mu brakowało.Jego oczy były w szoku a usta uśmiechały się tylko przy jego dziewczynie.

Był chłopakiem z tatuażami. Kolejne fanki zerwały swoją obietnicę beliebers i odeszły od niego. Nie mógł znieść myśli że gdzieś jest osoba którą zawiódł. Jego oczy płakały, a usta opadały w smutku.

Był przegrany. Tym razem beliebers zawiodły. Zawsze wygrywał. Zawsze trzymał z uśmiechem w ręku statuetki, a teraz stoi i patrzy na innych nowych artystów którzy zgarnęli jego nagrody. Nie rozumiał. Myślał że robi coś nie tak. Jego oczy były zawiedzione a usta zmartwione.

Był samotny. Rozstał się ze swoją dziewczyną. Wiedział że żadna belieber nie będzie szczęśliwa, póki tego nie zrobi. Chciał wszystkich uszczęśliwić, nawet kosztem nieprzespanych nocy. Jego oczy wciąż płakały, a usta milczały.

Był ciachem roku. Spędzał cały swój czas na siłowni, wygolił po bokach głowę i rozbierał się na koncertach. Robił to aby beliebers wróciły. Myślał że kochają go za wygląd. Jego oczy były czerwone a usta nie pokazywały żadnych emocji.

Był mistrzem skandalów. Telewizja zaczęła za bardzo interesować się jego życiem, więc ograniczył swoją prywatność, również dla swoich fanów. Nic o sobie nie mówił. Beliebers Wiedziały o nim coraz mniej, więc zaczęły wierzyć telewizji. Jego oczy były zmęczone a usta zamknięte.

Był kimś obcym. Beliebers wciąż ubywało. Znów płakały, ale on teraz tego nie widział. Zgubił się w ciężkim świecie sławy. Jego oczy były zmęczone, a usta uśmiechnięte.

Był jak małe dziecko. Chciał wrócić o te kilka lat wstecz i zostać przy youtube. Chciał odpocząć. Jego oczy płakały a usta łykały słone łzy.

Był tajemniczy. Jego myśli schodziły na najgorsze ścieżki umysłu. Chciał to skończyć. Jego oczy patrzyły na żyletkę a usta poczerwieniały.

Był. Jego ciało było rozluźnione,oczy zamknięte, a usta uśmiechnięte. 
Na zawsze.

czwartek, 25 lipca 2013

IMAGINE 34

wakacje 2012

Po rozpakowaniu walizek w hotelu, wyszłaś zwiedzić teren ośrodka. Było ciepło, ale ty chodziłaś w bluzie bo pokazywanie swoich rąk i ciała którego nienawidziłaś było ostatnią rzeczą jaką chciałaś. Mijałaś mnóstwo ludzi, jednak jeden chłopak przykuł twoją uwagę. Był niezbyt wysoki. Miał grzywkę, którą cały czas machał na bok. Ubrany był w fioletową bluzkę i opuszczone spodnie. 
To była jedna chwila, kiedy wasze spojrzenia się zetknęły. Chłopak szeroko się uśmiechnął, a ty to odwzajemniłaś. Jego oczy były wyjątkowe. Czekoladowe, głębokie, pełne ciepła, którego nigdy nie widziałaś. Wasze spojrzenia przerwała kobieta, która do niego podeszła i mocno go przytuliła, całując delikatnie jego policzek. Chłopak mocno ją objął
- Kocham cię mamo - usłyszałaś z jego ust.
Nie wiedziałaś dlaczego, ale cię to uspokoiło. Kobieta puściła syna z ramion o spojrzała w twoją stronę. Była piękna. Miała kasztanowe włosy, które opadały na jej ramiona, piwne oczy i uśmiech, który wyglądał jak iskierka w ciemną zimną noc. Ominęłaś ich i wróciłaś do swojego tymczasowego domku. 

Kolejnego dnia przechadzając się po plaży w za dużej bluzie, dostrzegłaś chłopaka, który mieszka w tym samym ośrodku co ty. Był w samych kąpielówkach, Znów w fioletowych, jak połowa jego garderoby. W ręku trzymał piłkę, a w drugiej fioletowy ręcznik. Mimo że jego klata nie była wcale umięśniona, wyglądała idealnie i przykłuwała twój wzrok. Ominęłaś go nieco skrępowana.
- zagrasz ze mną? - na sam dźwięk jego głosu się odwróciłaś.
- Jasne - odpowiedziałaś i podeszłaś bliżej.
- Jestem Justin- podał ci ręke, którą lekko uścisnęłaś.
Chłopak podał ci piłkę i zaczęliście nią do siebie odbijać. Słońce grzało coraz mocniej, a ty coraz bardziej się pociłaś. Wszystko wyglądało jak w jakimś nieudanym filmie.
- Nie mam już siły - podałaś mu piłkę i zdyszana usiadłaś na piasku.
- Zdejmij bluzę - przykucnął obok ciebie i oberwował twoje ruchy z uwagą.
- Nie chcę.
- Zdejmij ją bo zemdlejesz.
- Nie tutaj - odpowiedziałaś słabym już głosem.
- Chodź - chłopak pomógł ci wstać i wyprowadził cię z plaży.
Niechętnie zdjęłaś z siebie szarą bluzę i zawiązałaś ją wokół pasa. Musiałaś przyznać że bardzo ci to pomogło i gdyby nie pomoc Justina, napewno straciłabyś przytomność. 
Justin dostrzegł twoje głębokie rany na nadgarstkach i mnóstwo blizn. Bez słowa przejechał po nich dłonią. Po raz pierwszy na jego twarzy zabrakło uśmiechu, którym wszystkich darzył.

Kolejnego ranka wyszłaś z Justinem na dwór.
- Obiecujesz że już nigdy tego nie zrobisz? - przerwał chwilową ciszę, która między wami zapadła.
- Czego?
Zanim zdążyłaś zareagować, chłopak podwinął twój rękaw i wskazał dłonią na rany.
- Tego.
- Justin...ja naprawdę...
- Nie. - przerwał ci - masz mi to obiecać
- ale...
- Daj mi przysięge anioła - spojrzał w twoje zdezorientowane oczy
- co?
Justin złapał delikatnie twoją ręke i narysował długopisem skrzydło na twoim nadgartsku.
- Jeśli nie dotrzymasz obietnicy, skrzywdzisz anioła- przełknął głośno ślinę- obiecujesz? - znów spojrzał w twoje oczy.
Po chwili wachania owinęłaś swoim palcem jego palec
- obiecuję.

Tego samego wieczoru, po raz pierwszy otworzyłaś okno ze swojego pokoju. Z naprzeciwka dostrzegłaś Justina, który patrzył w niebo. Kiedy usłyszał skrzypienie twojego okna, spojrzał w twoją stronę i lekko się uśmiechnął.
Wystawił ręce w twoją stronę i ułożył z dłoni skrzydła. Zrobiłaś to samo.
Byliście teraz jak dwa zagubione anioły, które nie znały drogi do nieba. 

Tak minęło pare dni. Nie chodziłaś już w bluzach. Częściej odkrywałaś ciało i częściej się uśmiechałaś. Twoje ręce były czyste, a na jednym z nich wciąż widniało skrzydło. 
W dzień twojego wyjazdu, Justin odprowadził cię do autokaru. Patrzył na ciebie z dołu, a ty obserwowałaś go zza szyby. Stał tak bez ruchu, bez uśmiechu, tylko patrzył.
Kiedy kierowca odpalił gaz, z twojego oka spłynęła łza. Przyłożyłaś dłonie do szyby i ułożyłaś z nich skrzydła. Justin zrobił to samo. 
Z ruchu jego ust wyczytałaś tylko "ufam ci" i odjechałaś.

Tak mijały dni. Tak samo samotne jak przed wakacjami. 
Pewnego wieczoru, kiedy życie znów dało ci w kość, spojrzałaś na swój nadgarstek. Skrzydła już nie było widać. Zrobiłaś to. Znów przęcięłaś swoją skórę. Myślałaś że skoro skrzydła już nie ma, a ręka była bez nowych ran, to znaczy że dotrzymałaś anielskiej obietnicy. Ale nie na tym to polegało. Znów zakrywałaś się w bluzach. 

Wakacje 2013 
Przyjechałaś do tego samego ośrodka co rok temu. Tym razem zamiast się rozpakować, wyszłaś na dwór z nadzieją na spotkanie swojego dawnego przyjaciela. Jednak go nigdzie nie było. Z rozczarowaniem wyszłaś na plażę. Znów w bluzie. Znów pełna kompleksów, które jeszcze rok temu zniknęły przy jednej osobie w ciągu paru dni. 
- Zagrasz ze mną? - powiedział męski głos za tobą
Odwróciłaś się pełna nadziei, jednak po chwili szczęście zamieniło się w rozczarowanie.
Ten Chłopak był wysoki, jego włosy postawione były na żel, a po bokach wygolone. Jego klata była umięśniona, a ramiona były pokryte tatuażami. 
Miał długą twarz, wyglądała jakby była wychudzona a Po bokach jego skóra była lekko zmasakrowanai i do tego nie gościł na niej uśmiech. 
Popatrzyłaś teraz na jego oczy, które cię obserowały i poczułaś jakby coś cię uderzyło.
- Justin? - podeszłaś bliżej. Chłopak patrzył na ciebie w milczeniu. Przejechałaś dłonią po jego twarzy - co ci się stało?
Justin złapał twoją dłoń i odsunął twój rękaw. Kiedy dostrzegł nowe rany, głęboko westchnął.
- Miałem....wypadek. - przejechał dłonią po potarganych włosach.
Na jego nadgarstku dostrzegłaś wytwtuowane skrzydło anioła. Podobne narysował ci w zeszłe wakacje.
- Justin - wskazałaś na jego nadgarstek- też chcę.
Po chwili wachania chłopak zabrał cię kilka miast dalej. 
Opuściliście salon tatuażowy z z twoim pierwszym prawdziwym skrzydłem na nadgarstku.
- Obiecujesz? - zapytał drżącym głosem.
- obiecuje - przyłożyłaś swój nadgarstek do nadgarstka Justina, tworząc w ten sposób pełne skrzydła.

Kolejnego dnia spotkałaś mame Justina. Ona również straciła całe szczęście jakie w sobie miała. Jej twarz była była smutna i przez ten rok postarzała się bardziej niż to możliwe. Mimo jej młodego wieku, na czole Widać było kilka zmarszczek, a jej włosy były już niemal siwe. Wiedziałaś że wszystko ze zmartwienia o jej jedynego syna. Nigdy nie widziałaś żeby ktoś darzył się taką miłością jak oni.

Podobnie jak rok temu, zostawiłaś bluzy i chodziłaś w krótkim rękawku. Justin dawał ci siłę, jakiej nikt nie był w stanie ci zapewnić. Nie zwracałaś uwagi na jego twarz, która tak bardzo się zmieniła. To wciąż był ten chłopak, którego poznałaś w zeszłe wakacje. Jednak przyszedł czas wyjazdu. Chłopak odprowadził cię do autokaru i położył twoje walizki na ziemi. Rzuciłaś się z płaczem w jego silne ramiona, miałaś chęć zostać w nich na zawsze. 
- Kocham cię Justin - wyszeptałaś.
- Też cię kocham, i pamiętaj - przyłożył swój tatuaż do twojego - jesteś silna. Zawsze jestem przy tobie - pocałował twój nadgarstek i wytarł twoje zapłakane oczy. - ufam ci - wyszeptał.
Wsiadłaś do autokaru i na niego spojrzałaś. Nie widziałaś dorosłego mężczyzny. Sercem widziałaś tego roześmianego nastolatka co rok temu.
Odjechałaś.

Minęło pare miesięcy, abyś oznaczyła swoją pierwszą słabość na rękach. Czułaś się taka samotna. Justina przy tobie nie ma. Zrobiłaś tylko jedną kreskę. Przecież od niej się nic nie stanie.

Wakacje 2014 
Justina nie ma ani w domku, ani na plaży. W ogrodzie spotkałaś jego matkę, która patrzyła w niebo ze smutkiem. 
-Dzień dobry - podeszłaś bliżej. - gdzie jest pani syn? 
- Mój syn? - spojrzała na ciebie.
- Justin, gdzie on jest?
Kobieta wskazała palcem na niebo i lekko się uśmiechnęła.
- wrócił do domu.
- dlaczego? - usiadłaś obok niej - coś się stało?
Kobieta podwinęła twój rękaw, odsłaniając nowe rany, które sobie zadałaś i wyszeptała:
- zabiłaś anioła.

poniedziałek, 8 lipca 2013

IMAGINE 33

*Justin nie jest sławny i ma 19 lat*

Będąc w niewielkim sklepie marketingowym, który znajdował się zaraz od twojego domu, sięgnęłaś po liste z zakupami. Często byłaś w tym miejscu sama, bo ten mały sklepik nie był zaopatrzony w dobrej jakości jedzenie. Zakreśliłaś kilka produktów, które znajdowały się w twoim koszyku i omijałaś kolejne półki. 
- Daj kase. - usłyszałaś głośny krzyk - Daj ją!
Wyjrzałaś zza półek i dostrzegłaś wysokiego chłopaka z pistoletem w ręku którym celuje w sprzedawce.
- Człowieku odpuść.. - błagał
- Chcesz żebym strzelił? - powiedział z depresją w głosie. - wyciągaj pieniądze, już.
Sprzedawca otworzył kasę i wolno w niej grzebał. Miałaś okazję aby przyjrzeć się sytuacji. Chłopak nie wyglądał groźnie. Miał włosy postawione na żelu, za dużą koszulkę, szare dresowe spodnie i trampki. Na jego ręku wisiała kolorowa bransoletka zrobiona ze sznureczków, na której widniał napis "Justin".
Nie wiedziałaś co robić. Kiedy za bardzo się wychyliłaś, strąciłaś łokciem szklaną butelkę. Po sklepie rozległ się głośny dźwięk, a chłopak od razu spojrzał w twoją stronę. Wycofał się lekko do tyłu i skierował broń w twoją stronę, obserwując uważnie kontem oka sprzedawce. 
- Chodź tu - powiedział głośno 
Ścisnęłaś wargi i stanęłaś przed chłopakiem z podniesionymi rękami. Spojrzał na ciebie od góry do dołu i zmarszczył brwi. 
- Powiedziałem że masz wyciągać tą kase, tak? - zwrócił się do sprzedawcy, który stał nieruchomo.
- Dlaczego to robisz? - w końcu wydusiłaś z siebie słowo.
- Hm? - spojrzał na ciebie ze zdziwieniem.
- Dlaczego tutaj jesteś? - mówiąc to, przybliżyłaś się do niego o jeden krok.
- Co cie to interesuje? - odpowiedział z błyskiem w oczach.
Zauważyłaś że sprzedawca korzystając z okazji, sięga po telefon.
- Odłóż to - powiedziałaś do niego. Chłopak skierował na niego wzrok i przybliżył pistolet patrząc prosto w jego stare oczy.
- Słyszałeś? Odłóż. - powtórzył, a kiedy starzec zrobił co mu kazaliście, znów spojrzał na ciebie.
- No więc bardzo mnie to interesuje.
- A ty? Dlaczego to robisz? 
- To znaczy?
- Wygląda jakbyś mi pomagała. - wzruszył ramionami.
- Bo nie chce żebyś sobie spieprzył życie. Jesteś młody. - Opuściłaś ręce w dół i znów zrobiłaś krok w przód.
- Moje życie już jest spieprzone. - skierował wzrok w dół
- Masz rodzinę?
- Mam.
- Chciałbyś ich zostawić samych?
- Nigdy.
- Więc odłóż ten pistolet. Zapomnimy o tym.
Chłopak spojrzał na swoją rękę, a później na przerażoną twarz sprzedawcy. Po chwili wachania, opuścił rękę w dół i schował pistolet w kieszeń.
- Ja...-rozejrzał się - ja przepraszam. - chwycił za klamkę i wyszedł pośpiesznym tempem. 
- Dziękuje. Nie wiem co by się stało gdyby tutaj pani nie było - powiedział sprzedawca.
- Nie ma za co, ale proszę nie dzwonić na policję. On tutaj nie wróci. - odparłaś i wyszłaś ze sklepu, zostawiając gdzieś między półkami swoje zakupy
Na ulicach było ciemno i wiało pustkami. Rozejrzałaś się i skręciłaś w kolejną ulicę. Po chwili na swoim ramieniu poczułaś dłoń. Odwróciłaś się i zobaczyłaś chłopaka ze sklepu, który ci się przygląda.
- Wsiadaj - pokazał na samochód, który stał obok.
- Ale..
- Wsiadaj - przerwał ci.
Zrobiłaś jak kazał. To był pierwszy moment w którym bałaś sie o własne życie. Chłopak zatrzasnął za tobą drzwi, a po chwili usiadł obok ciebie, na miejscu kierowcy. Odpalił gaz i ruszyliście w nieznanym ci kierunku.
- Gdzie jedziemy? - zapytałaś niepewnie.
- Chyba nie myślisz że po tym co widziałaś, dam ci po prostu odejść? - odpowiedział, nie spuszczając wzroku z ciemnej ulicy.
Przełknęłaś głośno śline, myśląc w co się właśnie wpakowałaś i postanowiłaś siedzieć cicho. Pytania ani błaganie o litość nic tutaj nie dadzą. Skoro cię porwał, to znaczy że jest nie obliczalny.
Po jakimś czasie, zatrzymaliście się przy małym domu, na dość ubogiej dzielnicy. Mimo że sama nie byłaś najbogatsza, na sam widok stanu chociażby popękanych okien, miałaś ochotę przeznaczyć na nie całe swoje pieniądze. Rozejrzałaś się dookoła i nawet nie zauważyłaś kiedy chłopak czekał już na zewnątrz aż wysiądziesz. Otworzył ci drzwi, przez które wyszłaś i zostawił samochód na trawniku obok domu.
Weszliście powoli do środka. Wyglądał on okropnie. Tania tapeta ze ścian, schodziła prawie że do podłogi a wilgoć dało się wyczuć biorąc mały wdech. 
Po chwili z małego pokoju wybiegła dziewczynka, która podbiegła do chłopaka i mocno go przytuliła. Wziął ją na ręce i pocałował w czoło.
- Już nigdzie nie idę kochanie. - znów ją ucałował.
- Justin. Jestem głodna. - chłopak spojrzał na ciebie, a potem znów na dziewczynkę
- Ja też. Jutro zjemy normalny obiad, obiecuję. - przejechał dłonią po jej potarganych włosach i postawił na ziemię.
- Kto to jest? - dziewczynka wyszeptała Justinowi i pokazała na ciebie palcem.
- To jest moja koleżanka - odpowiedział, zerkając na ciebie z zakłopotaniem - a to jest moja młodsza siostra, Jazzy. - dziewczynka spojrzała z poważną miną na chłopaka i tupnęła nogą - Ah tak - zaśmiał się - księżniczka Jazzy. Tobie też radzę tak na nią mówić, bo jak się obrazi to nie ma przebacz.
- Justin, jestem śpiąca - wyszeptała pomiędzy braniem oddechu.
Chłopak złapał ją za rękę i zaprowadził do pokoju obok. Po chwili do ciebie wrócił i podobnie jak dziecko, poprowadził cię do pomieszczenia na przeciwko pokoju Jazzy. Była to najwyraźniej jego sypialnia, bo wyglądała jak pokój normalnego nastolatka. 
- Dobranoc - wyszedł z pokoju i zamknął cię na klucz.
Zamiast myśleć o ucieczce, poddałaś się i usiadłaś na łóżku. Z pokoju na przeciwko usłyszałaś hałas. Im bliżej podchodziłaś drzwi, tym bardziej się nasilał. Usiadłaś pod nimi i wsłuchiwałaś się w dźwięk. To był śpiew. Męski głos właśnie teraz wczuwał się w melodię gitary, która mu towarzyszyła. 
Coś było w tym głosie. Coś czego nigdy nie słyszałaś. Śpiewał czysto i łagodnie. Gdybyś nie wiedziała kim on jest, pomyślałabyś że w to jakaś światowa gwiazda właśnie ćwiczy swój wokal. 
Kiedy muzyka ucichła, usłyszałaś delikatnie zamykane drzwi. Wróciłaś do łóżka i leżałaś. Całą noc.

Kolejnego dnia z samego rana obudził cię dźwięk otwieranych drzwi. To był Justin. Pomachał ci ręką w swoją stronę i znikł. Przetarłaś zaspane oczy i wyszłaś z pokoju. W kuchni na niewielkim stole czekało jedzenie. Przy nim siedziała Jazzy, a Justin jeszcze kroił coś na blacie. 
- Cześć księżniczko - powiedziałaś z lekkim uśmiechem na twarzy i oparłaś się o ścianę. 
- Siadaj - odparł Justin, spoglądając w twoją stronę.
Na stole były tylko dwa talerze, z czego jeden należał do Jazzy.
- A ty?
- Co ja?
- Nie jesz?
- Już jadłem - powiedział z lekko drżącym głosem.
Wiedziałaś że kłamie, szczególnie zwracając uwagę na małą ilość jedzenia, która była na talerzach. Policzki Justina były zapadnięte, oczy zmęczone, a brzuch który burczał, słyszałaś już z daleka. Nie mogłaś tego zjeść.
- Nie jestem głodna - skrzywiłaś się.
- Oj usiądź! musisz tego spróbować! Kiedy to przygotowywał, cały czas się mnie pytał czy ci będzie smakować - powiedziała Jazzy, jedząc jakby głodowała przez kilka dni.
- Jazzy - krzyknął zawstydzony Justin.
Uśmiechnęłaś się do siebie i usiadłaś przy stole. Chłopak oparł się o blat i was obserwował. 
- Jej, Justin - powiedziałaś po pierwszym gryzie - To jest idealne - kontem oka, widziałaś jak się uśmiecha. 
Byłaś w szoku, że tak ubogie jedzenie, może być tak smaczne. Zastanawiałaś się tylko, skąd wziął na to pieniądze, ale wiedziałaś że nie powinnaś poruszać tego tematu przy Jazzy.
Kiedy mała skończyła jeść, Justin pomógł jej wstać i się ubrać. Kazał ci poczekać i wyszedł z nią, zamykając cię w domu. 
Weszłaś do łazienki. Nie było w niej nic szczególnego, co by się wyróżniało.
Następnie przeszłaś do pokoju Jazzy. Pokój jak pokój. Fioletowe ściany, kilka tanich zabawek i chłopięcych plakatów. W rogu stała gitara. Domyśliłaś się że to ją słyszałaś wczorajszej nocy. Na łóżku Jazzy, leżała korona, zrobiona z kwiatów. Była starannie ozdobiona fioletowymi wyschniętymi różami i wiązana nitką. 
Uśmiechnęłaś się do siebie i opuściłaś pokój. 
Później zwiedziłaś kolejny pokój który znajdował się na końcu niewielkiego korytarza. Na suficie wisiał napis ''WITAJ W DOMU MAMO" a dookoła porozstawiane były przebite już balony. Łóżko wyglądało na nowe. Na półce obok niego stało zdjęcie. Był na nim Justin, była Jazzy i kobieta. Najwyraźniej ich matka. Opuściłaś pokój w nienaruszonym stanie i wróciłaś do kuchni. 
Do domu wszedł Justin. 
- musiałem ja odprowadzić do przedszkola. - mówił zasapanym głosem.
- Nie ma sprawy.
Chłopak usiadł na kanapie i oparł głowę o dłoń.
- Skąd miałeś pieniądze na jedzenie? - w końcu postanowiłaś zapytać.
- Spokojnie. Nic nie ukradłem, nie mogłem. - westchnął - pożyczyłem od znajomego.
- Nie powinieneś chodzić z pistoletem. Wiesz że policja może zrobić ci rewizję w każdej chwili.
- Masz na myśli to? - wyjął z kieszeni pistolet i pokazał ci środek w którym nie było naboi - to zabawka. 
Przypomniałaś sobie jak jeszcze wczoraj przed tą zabawką drżały ci nogi. 
- Justin....Mogę o coś spytać?- zaczęłaś niepewnie.
- Tak? - spojrzał na ciebie.
- Gdzie są twoi rodzice?
- chodzi ci o moją mamę? Tata olał nas kiedy się urodziłem, a mama wyjechała za granicę żeby zarobić pieniądze. Co jakiś czas nam wysyła grosze które zarabia. - zadrwił. - domyślam się że widziałaś pokój, więc tak, miała wrócić. Nie wróciła. 
- Przykro mi.
- Wiem.
Podeszłaś do Justina i mocno go przytuliłaś.

Wieczorem Justin zaprowadził cię do pokoju i zgasił światło.
- dobranoc - wyszeptał i opuścił pomieszczenie.
Po chwili znów usłyszałaś męski głos naprzeciwko swojego pokoju.
- Justin jestem głodna.
- Po prostu uśnij....
Wyjrzałaś przez dziurkę od klucza. Na łóżku leżała uśmiechnięta Jazzy a obok niej siedział Justin, który trzymał w ręku gitarę i śpiewał tę samą piosenkę, którą słyszałaś wczoraj. 
- "one less lonely girl, one less lonely girl" - nucił do jej ucha, a po chwili założył na jej głowę wianek, który wcześniej widziałaś. - Dobranoc księżniczko - odłożył gitarę na bok i pocałował ją w czoło. 

Kolejny ranek wyglądał tak samo. Śniadanie, smakujące jeszcze lepiej niż te poprzedniego dnia. Było go więcej i dało się wyczuć w nim droższe przyprawy. Jazzy miała na sobie nowe ubrania, a Justin miał nową fryzurę. 
Po tym jak odprowadził Jazzy do przedszkola, kazał ci zamknąć się w pokoju. Tak też zrobiłaś. Po chwili do domu zadzwonił dzwonek. 
- Oddaj mi kase. - słychać było krzyk.
- Oddam ci ją, przysięgam! - głos Justina był wyraźnie zdesperowany.
- Dosyć tych żartów Bieber. Mam dosyć twoich stałych pożyczek. W dupie mam na co to wydajesz, chce je teraz mieć!
- Nie mam ich. Wydałem na jedzenie.
- Łóżko dla matki to też jedzenie?! - kroki nasiliły się w kuchni, a po chwili słyszałaś głośny krzyk w pokoju na końcu korytarza, czyli pokoju ich mamy. 
- Nie! Zostaw to! - głos Justina desperacko załamywał się z każdym słowem.
Wyszłaś po cichu z pokoju i przeszłaś do kuchni w której dostrzegłaś sztuczny pistolet Justina. Sięgnęłaś po niego i przemieściłaś sie do pokoju na końcu korytarza.
- Wyjdź - skierowałaś pistolet na wysokiego szatyna, który właśnie rozcinał łóżko matki Justina wielkim nożem. Spojrzał na ciebie od góry do dołu i kiedy zorientował się co trzymasz w ręku, na jego twarzy pojawiło się zdziwienie - Głuchy jesteś?! - krzyknęłaś - wyjdź stąd bo strzelę. 
- Dobra spokojnie - podniósł ręce do góry i opuścił powoli pokój - Zapłacisz za to Bieber - krzyknął.
Justin podszedł do ciebie i mocno cię przytulił, niemal trzęsąc się z rozpaczy.
- To miało być na jej urodziny. - pociągnął nosem.
- Będzie dobrze - pogłaskałaś go po plecach.
- Skąd masz pistolet? - odsunął się od ciebie i otarł łzy, które jeszcze nie zdążyły wypłynąć.
Otworzyłaś pusty magazynek i się zaśmiałaś.
- To zabawka.

Wieczorem Justin nie zamknął twoich drzwi. Pozwolił ci obserwować jak bardzo kocha swoją siostrę, a ze swojego łóżka miałaś idealny widok. 
- Justin, jestem głodna.
- Po prostu uśnij.. - odpowiedział a po chwili zanucił jej znaną ci już piosenkę. 
Kiedy już nałożył na jej głowę koronę, Jazzy usnęła, a zadowolony Justin wyszedł z jej pokoju, czekając na twoją reakcję.
- Pięknie śpiewasz - powiedziałaś z pełnym przekonaniem w głosie.
Chłopak się uśmiechnął i wrócił do salonu, gdzie tak jak codziennie spędzał noc.

Kolejnego dnia, popołudnie.
- Jak to? - usłyszałaś z kuchni zmartwiony głos Justina - Jak to się stało? Dobrze, zaraz będę. 
Wyszłaś z pokoju i zobaczyłaś chłopaka, który chowa telefon do kieszeni i kręci się nerwowo po pokoju.
- co się stało? - zapytałaś.
- Jazzy straciła przytomność. - przyłożył sobie rękę do twarzy i mocno ją przetarł- Jedź ze mną błagam. 
Przytaknęłaś głową i Przeczesałaś ręką włosy. Justin był jeszcze w pokoju Jazzy, ale nie powiedział po co. Po kilku minutach wyszliście pośpiesznie z domu. 
Wsiedliście do autobusu i po kilku minutach znaleźliście się w szpitalu. Zdenerwowany Justin podbiegł do pielęgniarki.
- Mała Jazzy. Co z nią? 
- Pan jest ojcem?
- Jestem jej bratem. 
- Ah tak. - westchnęła - pańska siostra została otruta. Dzieci z przedszkola twierdzą że jakiś wysoki szatyn dał jej coś, co zjadła.
- Cholera - przejechał nerwowo po włosach.
- Justin, to ten facet który u nas był?
- Jestem tego pewny - złapał kilka szybkich oddechów - gdzie ona jest?
- Sala nr. 25, ale proszę jeszcze nie wchodzić.
Razem z Justinem podbiegliście pod salę. Zza szyby było widać Jazzy, która leżała słaba na szpitalnym łożu. Bieber na sam ten widok wybuchł płaczem. 
- Miałem jej pilnować.
- To nie twoja wina. - zapewniłaś go
- Widzisz tą bransoletkę? - pokazał na sznurek z jego imieniem na nadgarstku - Ona mi go zrobiła. Powiedziała że gdy zacznie się nam układać w życiu, mam ją oddać komuś kogo kocham - zdjął ze swojej dłoni i zacisnął ją na twojej ręce. - Kocham cię.
Serce ścisnęło ci się z żalu, przytuliłaś go mocno, a on odwzajemnił się tym samym niczym małe dziecko w ramionach matki.
Przerwał wam doktor.
- Pan Bieber?
- Tak to ja.
- Mam dla pana wiadomość.
- Słucham? - złapał nerwowo twoją rękę.
- Pańskiej siostrze została podana silna trucizna na szczury. Jej żołądek tego nie wytrzyma. Przykro mi, ale to ostatnia szansa zobaczenia się z Jazzy. - powiedział i odszedł zakłopotany.
Justin wybuchł mocniejszym płaczem, robiąc się przy tym niemal czerwony. 
Chociaż wiedziałaś że nie jest mu łatwo, kazałaś mu się uspokoić i iść do siostry. Poprosił abyś weszła z nim. Zgodziłaś się.
Stanęliście przed łóżkiem Jazzy. Kiedy tylko was dostrzegła szeroko się uśmiechnęła. Justin usiadł obok niej i złapał jej chudą rączkę. 
- Braciszku...to nie był cukierek, prawda? - jej twarz posmutniała, a z minuty na minutę robiła się coraz bardziej blada.
- Nie - powiedział spokojnie - to nie był cukierek. - jego oczy wyglądały jak szklanki, a jego skóra po raz pierwszy nabrała jakiś kolorów.
- Gdzie teraz pójdę?
- Pójdziesz do aniołków kochanie. - pogłaskał ją po policzku - dadzą ci tyle jedzenia ile tylko będziesz chciała.
- Czy to będzie boleć..? - spojrzała w jego oczy i lekko je przymrużyła.
Po twarzy Justina zaczęły intensywnie spływać łzy.
- Po prostu uśnij... - przetarł twarz rękawem - "one less lonely girl, one less lonely girl" - śpiewał jej do ucha a kiedy oczy Jazzy usnęły na zawsze, założył na jej głowę wianek, który ze sobą wziął. - Dobranoc księżniczko. - pocałował ją w czoło.


Kilka lat później Justin postanowił że sprawi aby jego siostra dumnie na niego patrzyła i nie minął rok aby wiedział o nim cały świat. 
Justin wybierał na koncertach szczęściary z widowni i śpiewał im one less lonely girl, a na ich głowy zakładał kwiatowe korony, aby i one poczuły się jak księżniczki.
Jednak jeden wianek został nieruszony. Ten który należał do Jazzy. Ten który trafił do muzeum. Ten przy którym Justin codziennie się modli. Ten który udowodnił że jest księżniczka, która jest aniołem.