piątek, 25 października 2013

IMAGINE 38

Po usłyszeniu szkolnego dzwonka, założyłaś swój czarny plecak na ramiona,wybiegłaś z budynku i wsiadłaś w samochód, który czekał na parkingu.
- Cześć mamo - pocałowałaś ją w policzek a po chwili zajęłaś miejsce pasażera.
Włożyłaś słuchawki w uszy i zwróciłaś wzrok w stronę bocznego okna. Uwielbiałaś ten moment. Wszystko wyglądało jak w teledysku, którego jesteś reżyserem. Właśnie zaczęła się twoja ulubiona piosenka, kiedy nagle coś z głośnym hukiem walnęło w wasz samochód. Twoje plecy wygięły się w łuk, a głowa uderzyła o drzwiczki. Słuchawki wypadły z twoich uszu, spływała po nich krew, którą nieprzytomnie przetarłaś  ręką. Upadłaś na kolana mamy i mimo ostrej mgły w twoich oczach, rozglądałaś się wokół jakbyś szukała już aniołów które zabiorą cię do nieba.
- Skarbie - mama z rozpaczem w głosie uderzała lekko w twój policzek, aby cię rozbudzić - kochanie, proszę nie zasypiaj. - ostatnia kropla spłynęła po jej policzku zanim całkiem straciłaś przytomność.

Obudziłaś się w pełnym bieli pokoju. Niepewnie otworzyłaś oczy i spojrzałaś na swoje poranione dłonie. Złapałaś się za nadal bolącą głowę i próbowałaś przypomnieć sobie co się stało.
- Kochanie - do twojego pokoju wbiegła szczęśliwa mama, która natychmiast ujęła cię w ramiona. - Boże, tak się bałam że się już nie obudzisz - odgarnęła kosmyk włosów z twojej twarzy, aby lepiej móc widzieć twoje oczy.
- Mamo? co ja tu robię? - powiedziałaś zachrypniętym głosem.
- Miałyśmy... - westchnęła - miałyśmy wypadek. Jakiś dureń wjechał w nas motorem.
- Dlaczego tobie nic nie jest? - zdziwiłaś się.
- Miałam zapięte pasy. Zresztą widziałam że to się stanie, bo patrzyłam na drogę. Krzyknęłam, ale miałaś słuchawki na uszach.
- Nigdy więcej muzyki, podczas jechania samochodem - próbowałaś ją rozweselić , ale się nie udało.
- Skarbie, muszę iść. Nie dali mi tutaj dużo czasu. Powiedzieli że musisz wypoczywać. - wstała i pocałowała twoje czoło. - Przyjdę jutro.
Kiedy wyszła i zamknęła za sobą drzwi, po chwili do pokoju zapukał ktoś inny.
-  Proszę - krzyknęłaś, spoglądając w tamtą stronę.
Próg drzwi minął wysoki brunet. Miał na sobie białą za dużą koszulkę i nisko opuszczone spodnie. Jego włosy postawione były na żelu, a policzki idealnie zarysowane.
- Cześć. - uśmiechnął się i podszedł bliżej twojego łóżka.
- Kim jesteś?
- Um, byłem świadkiem wypadku. Bardzo mi przykro. Mam na imię Justin. - wyjął zza pleców kwiat orchidei i włożył go do wazonu na stoliku. - Policja powiedziała mi gdzie mogę cię szukać.
- Nie musiałeś. - uśmiechnęłaś się speszona.
- Jak się czujesz? - usiadł na twoim łóżku i spoglądał prosto w twoje zmęczone oczy.
- Głowa nadal boli, ale myślę że jeszcze pare dni i stąd wyjde.
- Nie sądze. Gadałem przed chwilą z lekarzami i powiedzili że jesteś w opłakanym stanie. Nie wypuszczą cię tak szybko.
- Wow...dzięki - zaśmiałaś się.
- Co?
- Umiesz pocieszać ludzi.
Justin lekko się zaśmiał, lecz kiedy usłyszał kroki skierowane w stronę twojego pokoju od razu się zerwał.
- Co jest?
- Um...Jestem tutaj nielegalnie. Nie można było cię już dzisiaj odwiedzić. - podrapał się po karku.
- Ah tak...muszę wypoczywać - powiedziałaś sarkastycznie.
- Do zobaczenia - uśmiechnął się a po chwili wyszedł przez okno. W samą porę, bo chwile później weszła pielęgniarka, z nowymi lekami dla ciebie.
Uśmiechnęłaś się w stronę szyby i wyszeptałaś z uśmiechem.
- Justin.

Kolejnego dnia z samego rana obudził cię zimny powiew wiatru, który otulał twoje nagie ramiona.
- Hej Shawty - wyszeptał brunet i wszedł do twojego pokoju, po czym zamknął okno. Na sam widok jego nieuczesanych włosów i zaspanych oczu, szeroko się uśmiechnęłaś.
- Nie musisz tutaj przychodzić. - podniosłaś się na łokciach.
- też się cieszę że cię widzę. - zaśmiał się słodko i usiadł obok ciebie. - o której będzie twoja mama?
- Za kilka godzin, a co?
- Twoja mama nie wyraziła zgody na innych gości. Chce żebyś odpoczywała.
-To nie powód, żebym cały dzień i noc siedziała sama.
- Chcesz żebym ci towarzyszył? - lekko się uśmiechnął, spoglądając niepewnie w twoje oczy.
- Jeśli możesz. - zarumieniłaś się delikatnie.
- Mam sporo czasu, uwierz. - zamyślił się, a po chwili wyjął z plecaka kolejny kwiat orchidei, który podobnie jak wczoraj, włożył do kolorowego wazonu.
- Są piękne. To moje ulubione kwiaty.
- Wiesz, słyszałem że kiedy ktoś jest chory to kwiat orchidei przyśpiesza  leczenie, poprzez twój nastrój. - zaśmiał się drwiąco. - ale to pewnie tylko plotki. - westchnął - Bardzo bym chciał żebyś wyzdrowiała.
- Justin - złapałaś go za dłoń i przejechałaś po niej kciukiem - dziękuje.
Chłopak został z tobą jeszcze przez kilka godzin, aż do powrotu twojej mamy. Rozmawialiście o twojej rodzinie, o twoim nastroju, o tym jak się czujesz, jednak o nim nadal nie wiedziałaś nic.

Następnego dnia obudził cię zapach świeżej kawy. Justin kupił ją dla was w starbucksie i podał jedną w twoje zimne dłonie. Usiadł koło ciebie i zdją z ramion plecak.
- Pewnie masz dość szpitalnego jedzenia - wyjął z niego kilka kanapek i słodyczy, po czym spojrzał w twoje rozbawione oczy i się uśmiechnął.  - Mam z serem i z szynką, co wybierasz?
- Z serem.
Chłopak podał kanapkę do twojej ręki i znów wsadził ręce do plecaka, po czym wyjął z niego fioletowe pudełko.
- Chcesz jakieś dotatki? Wziąłem pomidory, ogórki i...cholera zapomniałem papryki
- Justin - zaśmiałaś się - sam je robiłeś?
- Specjalnie wstałem o 6 rano. - podrapał się po karku. - Jedz, i częstuj się czym chcesz.
- Dziękuje - wzięłaś gryza kanapki i nieudolnie wytarłaś ręką masło z twoich ust. - jadłeś coś dzisiaj?
- Jeszcze nie, ale...
- Justin - przerwałaś mu i podsunęłaś pudełko z kanapkami pod jego dłonie - jedz.
Po chwili wachania, chłopak wziął kanapke z szynką i szybko ją jadł. Patrzyliście sobie w oczy i lekko się uśmiechaliście. Coś w nim było. Nigdy nie doznałaś takiego uczucia, jakie czułaś teraz, siedząc z prawie nieznajomym chłopakiem. On był inny niż wszyscy. Miałaś wrażenie że znasz go o wiele dłużej.

Czwartego dnia Justin wszedł normalnie, przez drzwi. Dzisiaj twoja matka nie miała cię odwiedzić, więc mogliście w spokoju spędzić więcej czasu. Po 6 godzinach rozmowy, w końcu zorientowałaś się że najwięcej mówisz ty.
- Hej, może teraz ty powiesz mi coś o sobie?
- Um...Tutaj nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Mało o sobie wiem.
- Ale jak to? Musisz coś o sobie wiedzieć.
- Nazwyam się Justin Bieber, tyle.
- A twoje hobby?
- Nie gadajmy o tym.
Cholera on był bardziej zagubiony niż myślałaś.
- Obiecasz mi coś? - spojrzałaś w jego czekoladowe oczy.
- Co takiego?
- Wiesz gdzie jest mur życzeń?
- Ten mur na którym rysuje się to co się kocha? Wiem.
- Kiedy stąd wyjdę, pojedziemy tam i pokażesz mi co jest dla ciebie najważniejsze. Obiecujesz?
- Obiecuję.

Tak mijały dni, tygodnie, aż w końcu minął miesiąc. Wiedziałaś że minęło już 30 dni, licząc 30 orchidei, które codziennie Justin zostawiał w twoim wazonie. Byliście już jak starzy przyjaciele. Mogłaś mu powiedzieć wszystko co leżało na twoim sercu, a on z uwagą tego słuchał. Był jak anioł. Był dla ciebie ważniejszy, niż ktokolwiek inny. Ostatniego dnia, twojego pobytu w szpitalu, przyszedł do ciebie i zniósł wszystkie twoje torby z ubraniami na dół, po czym wrócił po ciebie i pomógł ci wsiąść do taksówki.
- Jedź ze mną.
- Twoja mama by się nie ucieszyła....
- Nie ma jej w domu, chodź - Pociągnęłaś go za ręke, żeby usiadł obok ciebie i po chwili podjechaliście pod twój dom. Chłopak wniósł twoje torby do twojego pokoju i znó wrócił po ciebie. Usiadłaś w kuchni na blacie, a Justin stanął obok ciebie.
- Justin, mógłbyś mi zrobić płatki? Jestem głodna.
- A co się mówi? - uśmiechnął się i podszedł bliżej.
- Mówi się... - złapałaś jego dłonie i przyciągnęłaś bliżej siebie, sprawiając że chłopak stał teraz między twoimi nogami. - Proszę?
- Dobrze - uśmiechnął się i przybliżył usta do twoich, jednak za nim się złączyły usłyszałaś tupanie nogą swojej matki. Oboje zwróciliście wzrok w jej stronę i szybko się od siebie odsunęliście.
- Dzień dobry pani - powiedział ze strachem w głosie Justin.
- Co on tutaj robi? - odpowiedziała ignorując go.
- Um...pomógł mi z walizkami.
- Naprawdę? Bo ja widziałam coś innego.
- Mamo, wiem co myślisz na temat chłopaków, ale on jest naprawdę wspaniały.
- Chłopak który prawie cię zabił jest wspaniały? - zadrwiła i podobnie jak ty spojrzała na Justina, który spuścił głowę w dół.
- Justin... O co jej chodzi?
- No Justin, przyznaj się że to ty spowodowałeś wypadek. Myślałeś że cię nie zapamiętam?
- Co? - Powiedziałaś z zakłopotaniem - mamo, zawsze zawsze starasz się zniszczyć moje związki, ale teraz to przesadziłaś! - krzyknęłaś.
- Nie... - powiedział Justin - Twoja matka ma rację.
- Co? Dlaczego mi sie powiedziałeś?
- Ja ci wszystko wytłumaczę przysięgam, tylko błagam, daj mi szansę. - złapał twoją dłoń i spojrzał depresyjnie w twoje oczy.
Po twojej twarzy spłynęła łza i zanim zdążyłaś coś powiedzieć, znów wtrąciła się twoja matka.
- Już za dużo narobiłeś. Wyjdź.
Chłopak głęboko westchnął i wyszeptał jeszcze "przepraszam". Skierował się do wyjścia, a w drzwiach złapała go jeszcze twoja matka.
- Nigdy więcej się nie zobaczycie.

Minęło kilka dni. Justin dzwonił codziennie, aż w końcu twoja matka zabrała twój telefon. Nie miałaś już z nim żadnego kontaktu co rozwalało cię od środka.
Pewnego deszczowego dnia , kiedy wracałaś ze szkoły, podjechał do ciebie czarny motor. Po oczach które było widać z pod kasku rozpoznałaś że to Justin.  Zatrzymałaś się aby zobaczyć co ma do powiedzienia. Chłopak zdjął kask i położył go na kierownicy. Na sam widok jego włosów, nosa, ust, miałaś ochotę paść w jego silne ramiona.
- Obiecałem ci coś miesiąc temu, pamiętasz?
- Mhm. - spojrzałaś na jego idealną twarz.
- Mogę jej dotrzymać?
- Nawet musisz - uśmiechnęłaś się lekko.
- Pojedziesz ze mną?
Bez wachania wsiadłaś na motor i objęłaś Justina wokół pasa.
- Załóż mój kask.
- Justin, ufam ci.
- Ale...
- Załóż go, bo nie będziesz widział drogi przez ten deszcz, chyba nie chcesz spowodować wypadku?
Chłopak szeroko się uśmiechnął i ucałował delikatnie twoje czoło. Założył kask na swoją głowę i odpalił silnik. Już po chwili mijaliście deszczowe ulice. Po raz pierwszy czułaś się wolna. Uciekałaś przed czasem. Czułaś na swojej skórze delikatny powiew wiatru, który sparawiał że miałaś ochotę krzyczeć z radości. Chłopak jechał coraz szybciej, i mimo że ulice były puste to chciałaś żeby zwolnił.
- Justin zwolnij, trochę się boje.
- Zwolnie jeśli mnie przytlisz i powiesz że mnie kochasz.
Uśmiechnęłaś się i mocno go przytuliłaś, i wyszeptałaś w jego ucho:
- Kocham Cię najbardziej na świecie. A teraz proszę, zwolnij.
- Okej, ale najpierw ściągnij mój kask i załóż go sobie. Jest trochę za ciasny i ciężko mi się jedzie, proszę.
Zdjęłaś delikatnie kask z jego głowy i założyłaś go na swoją.
- Kochasz mnie? - zapytał jeszcze raz.
- Będę kochać zawsze. Moja matka nas nie rozdzieli.

Kolejnego dnia otworzyłaś oczy, znów widząc ten sam pokój co miesiąc temu.
- Mamo? Co ja znowu robię w szpitalu? Gdzie jest Justin?
- Kochanie...proszę uspokój się.
- Gdzie on jest? Przecież jechaliśmy na motorze i...
- Mieliście wypadek.
- A gdzie jest Justin?! - krzyknęłaś.
- Skarbie, Justin nie miał kasku i....
- Nie. On zaraz tutaj przyjdzie, zaraz przyniesie mi kanapki i każe opowiadać jak się czuje. On przyjdzie jak sobie pójdziesz, idź stąd.
Oczy twojej mamy zalały się łzami i wyszła powoli z pokoju, jednak czekała ciągle pod twoimi drzwami. Nadszedł wieczór, nadal na niego czekałaś. Twoje oczy zamykały się ze zmęczenia, jednak nie pozwoliłaś sobie usnąć. Do pokoju weszła pielęgniarka, która podała w twoje dłonie proszki, i przypilnowała żebyś je wzięła.
To były proszki nasenne. Usnęłaś.
*- Justin zwolnij, trochę się boje.
- Zwolnie jeśli mnie przytlisz i powiesz że mnie kochasz.
Uśmiechnęłaś się i mocno go przytuliłaś, i wyszeptałaś w jego ucho:
- Kocham Cię najbardziej na świecie. A teraz proszę, zwolnij.
- Okej, ale najpierw ściągnij mój kask i załóż go sobie. Jest trochę za ciasny i ciężko mi jechać, proszę.
Zdjęłaś delikatnie kask z jego głowy i założyłaś go na swoją.
- Kochasz mnie? - zapytał jeszcze raz.
- Będę kochać zawsze. Moja matka nas nie rozdzieli.
Nagle zza mgły usłyszałaś trąbienie samochodu. Justin wymijał go jak tylko mógł, jednak przy tak dużej prędkości nie był w stanie tego zrobić.
- Na zawsze razem - wyszeptał i zamknął oczy.
Zanim zdążyłaś cokolwiek pomyśleć, oboje leżeliście już na ziemi. Samochód zatrzymał się i wybiegł z niego mężczyzna który do was podbiegł.
- Justin - podniosłaś się nieprzytomnie i zdjęłaś ciężki kask z głowy. - Justin obudź się. - podniosłaś jego głowę i poczułaś palcami ogromną dziurę. Spojrzałaś na swoją zakrwawioną dłoń i wybuchłaś płaczem. - Justin proszę, nie rób mi tego - krzyknęłaś. Schowałaś twarz w jego klatkę piersiową i pozwalałaś aby oblewał cię zimny deszcz. Nawet nie czułaś bólu nogi, którą właśnie złamałaś. Jedyny ból czułaś w sercu.
Mężczyzna z samochodu właśnie dzwonił po karetkę.
- Na zawsze razem. - spojrzałaś w jego twarz i zamknęłaś jego puste oczy.*

OBUDZIŁAŚ SIĘ Z PŁACZEM. To nie był tylko sen, to zdarzyło się naprawdę. Jego już tutaj nie ma. Nie ma go przy tobie. Wszystko ułożyło się w całość. Kazał mówić że go kochasz,przytulać go i zabrać swój kask bo wiedział że będzie wypadek. Hamulce przestały działać i nie było możliwości żeby zwolnić.
Kiedy wyszłaś ze szpitala pojechałaś do muru życzeń, gdzie Justin miał namalować to co jest dla niego najważniejsze. Szukałaś rysunku motora, jednak znalazłaś wasze zdjęcie namalowane na murze. Na dole podpisane było "na zawsze razem". Z twojego policzka pociekła łza, która kapnęła na ziemię.
- I jeszcze dłużej - uśmiechnęłaś się do siebie.

Miesiąc później w tym miejscu zrobili grób dla Justina. Był w kształcie motoru, a na nim przylepione były wasze zdjęcia. Klęknęłaś przy nim, położyłaś kwaity orchidei i kask i podziękowałaś za to że uratował ci życie.